#OCC - RELACJA z 2016

WSTĘP

OCC to najkrótszy i najmłodszy stażem bieg w ramach kultowego UTMB w Chamonix. (Jest jeszcze YCC, ale to dla młodzików między 16-22 rokiem życia.) Nazwa pochodzi od nazw głównych miejscowości, przez które prowadzi trasa: Orsieres – Champex – Chamonix.

Z informacji technicznych:

- dystans liczy 55 km

- przewyższenia +/- 3.300 m – 3.500 m (W różnych miejscach na stronie UTMB są różne informacje na ten temat.)

- limit czasu 14:30 h

- ukończenie biegu daje 4 punkty ITRA (nowe)

- do startu w OCC potrzebne są: 7 punktów ITRA w max. 2 biegach i szczęście w losowaniu

- trasa wiedzie ze szwajcarskiego malowniczego miasteczka Orsieres (w pip drogi z Chamonix jakby co ;) na metę w Chamonix.

Cześć trasy pokrywa się z trasą UTMB, ale końcówka poprowadzona jest niestety przez mniej atrakcyjny fragment – zamiast spektakularnej widokowej ścieżki vis-a-vis masywU Mt Blanc, wiedzie przez las. Końcówka od La Flegere jest ta sama co UTMB, w tym słynna kawiarenka La Floria, przez którą się przebiega.

Zwycięzcą w 2016 roku był Xavier Thevenard, który ukończył bieg z czasem 5:28. W ten sposób ten niesamowity Francuz ma na swoim koncie komplet zwycięstw we wszystkich 4 biegach w ramach UTMB.

Ja biegłam 11:08 h i byłam w połowie stawki general. Moim zdaniem nie jest to tak łatwy bieg jakby się wydawało, ale niestety nie jest też tak fajny jak mi się wcześniej wydawało. Ale ja jestem rozwydrzona po startach na Grossglockner Trail, Cortina Trail i po 3 latach kibicowania mężowi na UTMB, więc to może nie być obiektywna opinia. ;)

Profil trasy. Źródło: www.utmbmontblanc.com

Jest to na pewno impreza dla średnio-zaawansowanych biegaczy ultra, ale raczej nie dla początkujących. Mocne podejścia, długie, strome i kamienisto-korzeniste zbiegi oraz stosunkowo długie odcinki do biegania dają ostro w kość. Trzeba być dobrze wybieganym i silnym jak koń. W 2016 roku dodatkowo walczyliśmy z upałem. Było grubo ponad 30 stopni. W czasie 11 godzin wypiłam 8 litrów płynów (woda + iso) nie licząc zupy i owoców. Do tego zero sikania. I po raz pierwszy w życiu miałam zawroty głowy na trasie. Na mecie moja czarna koszulka wyglądała na szarą, a przecierając przedramieniem czoło robiłam sobie pilling gruboziarnisty twarzy – tyle soli wydzieliło się na mojej skórze. To pokazuje jasno – w czasie upałów trzeba uzupełniać minerały i mikroelementy.

Biegnie się zasadniczo w dzień. Jedynie osoby z końca stawki mogą zahaczyć o zmrok, bo limit jest o godzinie 22:45, a start o 8:15 rano.

Wymagania co do sprzętu obowiązkowego oraz zasady odprawy zawodników są tak samo restrykcyjne jak dla innych biegów. To mnie trochę zdziwiło. Musiałam np. pokazać, że mam 2 czołówki i zapasowe baterie. Co więcej, musiałam to ze sobą targać całą drogę mimo, że nie było potrzeby ich użyć. No ale zasady są po to by ich przestrzegać. Gdyby coś się wydarzyło, to końcówkę biegu mogłabym biec po zmroku i wtedy bez czołówki nie dałabym rady.

START

Na starcie w Orsieres.

Strat był o 8:15. Na start można było dostać się na własną rękę np. samochodem albo zapisać się na autobus. Autobusy odjeżdżały o różnych godzinach. Oczywiście najwcześniej rozeszły się te najpóźniejsze, które pozwalały najdłużej sobie pospać. Ja załapałam się na autobus chyba o 5 rano z Chamonix. Mieszkaliśmy w Servoz kilkanaście km na zachód od Chamonix. Oznaczało to, że musiałabym wstać ok. 4 najpóźniej, ktoś musiałby mnie zwieźć do Chamonix, a potem czekałabym jeszcze ponad godzinę na starcie. Namówiłam ekipę, żeby mnie zawieźli – pojechaliśmy więc samochodem. Jedzie się i jedzie. To jest ładny kawał drogi i to krętymi czasem wąskimi drogami.

Na miejscu było trochę problemu z parkowaniem, bo Orsieres to małe i bardzo malownicze szwajcarskie miasteczko. Przed startem oczywiście profesjonalna rozgrzewka. Biegam sobie, biegam i nagle patrzę, co to za baran biega pod górkę na rozgrzewce, przecież się zmęczy. To był Xavier! Czyli nie żaden baran. Przebiegł koło mnie 2 razy. :) Wygląda bardzo niepozornie i jest niezłym kotem. ;)

Na starcie luzik. Śmichy-hichy. Obserwowanie ultrasów. Wypatrzyłam jedną grubszą kobitkę, ze sporą nadwagą i myślę, nie no ta to nie da rady. Jakie było moje zdziwienie jak wyprzedzała mnie na podejściu. Inna dziewczyna – o nogi od tyłu zupełnie jak moje. Odwraca się, a to pani w wieku mojej teściowej. ;) Biegacze ultra to naprawdę ciekawe stworzenia.

Oczywiście nie chciało mi się przepychać do przodu, więc stanęłam na końcu stawki na starcie. Spoko, później ich wyprzedzę. No i jak zwykle znowu tego żałowałam. Start był na jakimś ryneczku, biegło się na początku wąskimi uliczkami miasteczka, było bardzo tłoczono. Przez wiele kilometrów na trasie stali kibice, w tym mnóstwo dzieci i młodzieży. Chyba ktoś im kazał tam przyjść. ;) Kibice na UTMB zawsze są świetni.

Po wybiegnięciu z miasteczka, w tłumie, szarpanym tempem, wbiegliśmy do lasu. W sumie na tym mogę zakończyć opis trasy, ponieważ poza kilkoma wyjątkami trasa wiodła głównie przez las. Bardzo długo biegliśmy w tłoku, były momenty gdy trzeba było wręcz stać i czekać taki był korek. Korek rozładował się może po godzinie albo trochę później. Trochę to było irytujące, może gdybym ustawiła się bardziej z przodu to nie byłoby tak źle.

Początek trasy po wybiegnięciu z miasta Orsieres. Tłok na trasie.

To co jeszcze pamiętam z tego etapu to to, że ludzie nie umieli posługiwać się kijami. Machali nimi we wszystkie strony, trzeba było uważać na głowę i oczy. Poza tym trzymali je tak szeroko z boków, że nie można było ich wyprzedzić. Ja zdecydowałam się biec bez kijów. Myślałam, że jak na GGUT gdzie było 50 km i +/- 2000 m dałam radę bez problemu bez kijków to tutaj też. No się nie pomyliłam, bo dałam radę. ;) Ale radzę zabrać kije ze sobą. Mogą się przydać, podejścia są naprawdę tłuściutkie. Także polecam kije na ten bieg.

Nie wchodząc w szczegóły trasa wyglądała następująco – biegło się głównie przez las, na chwilę wychodziliśmy na jakąś przełęcz z łąkami, wtedy widoki były extra, ale tego było mało. Pierwszy punkt w pięknym miasteczku Champex-Lac z jeziorkiem. Potem spory kawał biegania – po płaskim i nawet trochę z górki. Charakterystyczne było podłoże – kamieniste i poprzerastane korzeniami drzew. Dużo było zbiegów, których szkoda było nie biec. Także czwórki trzeba mieć mocne.

Punkty odżywcze jak zwykle świetnie zaopatrzone. Od strony organizacyjnej żadnych uwag. Wszystko na 5+. Ja miałam taką strategię jak zawsze – nie biesiaduję. Uzupełniam wodę i iso, jedzenie w garść i w drogę. Płynów poszło dużo ze względu na upał.

W Vallorcine dopadł mnie kryzys. Po wyjściu z punktu nie byłam wstanie biec po płaskiej drodze. Słońce dawało tak ostro po głowie, że musiałam zatrzymywać się i moczyć buffa w strumykach. Po założeniu go na głowę za chwilę był suchy. Przez chwilę poczułam się naprawdę źle. Wydawało mi się, że nie idę prosto, miałam zawroty i trochę się przestraszyłam. Najgorsze, że nie było odrobiny cienia. Trzeba było przycisnąć żeby wejść w końcu gdzieś w las. Jakoś się pozbierałam. Z tego fragmentu pamiętam tylko dziewczyny w vanie, które miały rozkręcone na maxa „We will rock you” Queen. Ta muzyka dała mi drugie życie. W jednej chwili z powłuczącej nogami sieroty przeistoczyłam się w kozicę. No i skąd ta siła? Z głowy!


Piękne widoki na trasie. Okolice Catogne.

Ostatni odcinek w moich założeniach miał być inny. Myślałam, że puszczą nas tą samą malowniczą trasą, którą wiedzie UTMB, którą miałam już dwukrotnie obieganą. Ale nie – nas puścili znowu przez las i dodatkowo jakieś skały. Moja psycha klękła na tych skałkach. Poddałam się. Szłam i miałam wrażenie, że już wszyscy mnie wyprzedzili. Tak było do momentu wyjścia z lasu gdy weszliśmy na kamienisty odcinek wiodący do ostatniego punktu odżywczego na trasie - La Flegere. Jest to stacja kolejki linowej, miejsce znajome więc nabrałam nieco optymizmu. W La Flegere standardowa procedura picie i jedzenie. Dodatkowo siadłam sobie na leżaku na chwilę, wysypałam kamienie z butów i w drogę. Ten odcinek biegłam już dwa razy sama, więc wiedziałam co mnie czeka. Kawał tłustego zbiegu. Całość do biegania aż do Chamonix, aż się prosi, żeby docisnąć. Tyle, że nie mam już siły. Warto zostawić sobie nieco motywacji i siły na ten fragment. Tutaj można naprawdę ładnie pobiegać.

Trudne podłoże - podejście pod ostatni punkt La Flegere.


La Flegere - ostatni punkt żywieniowy i cudowne widoki w końcu.

A meta to wiadomo – bajka! Po wbiegnięciu na teren miasta dopada Cię niesamowita euforia, nic nie boli, lecisz jak na skrzydłach w tłumie wiwatujących kibiców, którzy witają Cię jak zwycięzcę. Wizualizowałam sobie tę scenę na trasie w trudnych chwilach. W realu było jeszcze piękniej. Chamonix z metą pod kościołem Św. Michała jest jak narkotyk, jak czekolada. Jak raz spróbujesz to chcesz znowu i więcej.

Z mety pamiętam tylko, że pan który wręczał mi za dużą kamizelkę finishera, powiedział, że jest dużo osób z Polski.

Meta!

PODSUMOWANIE:

- OCC nie jest biegiem dla początkujących ultrasów.

- Na OCC nie poczujesz tej magii, która urzekła tysiące biegaczy na świecie. Trasa biegu jest mało „magiczna”.

- Warto przygotować się biegowo – jest sporo odcinków, które warto rzetelnie pobiec jeśli chce się zrobić dobry wynik.

- Warto wziąć ze sobą kije – przewyższenie ok 3.500 m i strome podejścia dają mocno w kość.

- Jeśli chcesz poczuć smak UTMB i zobaczyć te piękne widoki zapierające dech w piersiach, to warto odczekać, przygotować się i pobiec któryś z dłuższych biegów np. CCC.

- Warto stanąć z przodu stawki na starcie, ponieważ w biegu bierze udział sporo niedoświadczonych osób, które później trzeba minąć, a początek trasy jest dosyć wąski.

 Styrane nogi po biegu. 


Jestę finiszerę! 

Kasia

Dołącz do naszego newsletter!

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów