Grossglockner Ultratrail - górska przygoda

Grossglockner (Wileki Dzwonnik) – najwyższy szczyt Austrii o wysokości 3798 m n.p.m. Drugi co do wybitności szczyt Alp.

WSTĘP

Grossglockner Ultratrail to bieg górski organizowany w Austrii, którego trasa wiedzie dookoła masywu Grossglocknera. Organizatorzy na stronie biegu piszą, że jest to „ein einzigartiges Abenteuer rund um den höchsten Berg Österreichs” czyli wyjątkowa przygoda. I jest to prawda. Impreza jest młoda – miała dopiero dwie edycje 2015 i 2016, ale sądzę, że stanie się wkrótce imprezą kultową w kalendarzu biegów górskich ultra. Ma ku temu wszelkie warunki – przepiękną trasę w Alpach Austriackich, sponsora tytularnego Dynafit i świetną organizację (jak do tej pory).

Impreza odbywa się w przedostatni weekend lipca. Strona biegu: www.ultratrail.at.

W 2015 roku odbyły się dwa biegi – główny na dystansie 110 km +/- 6500 m, ze startem i metą w Kaprun oraz krótszy na dystansie 50 km +/-2000m ze startem w Kals am Grossglockner i metą w Kaprun. Meta dla obu biegów była ta sama w Kaprun, a trasa od Kals do Kaprun również jest ta sama dla obu biegów.

W 2016 roku organizatorzy wprowadzili trochę zmian, wyciągnęli na pewno wnioski z poprzedniego roku. Odbyły się biegi na 3 dystansach oraz sztafeta:

- Grossglockenr Ultratrail – 110 km +/- 6500m, bieg główny, start i meta w Kaprun. Zmiana w porównaniu z rokiem 2015 – start odbył się później, bo o 00:00, podczas gdy w roku 2015 start był 18:00. Oznacza to mniej godzin biegania po ciemku oraz mniejszy tłok w Kals, gdzie jest punkt odżywczy na 60 km i jednocześnie start krótszego biegu na 50km. W tym roku zanim biegacze ze 110 km dobiegli do Kals to 50km już zdążyło wystartować (o 7:00). Limit czasu dla tego dystansu wynosił 29 godzin. Liczba punktów ITRA 5 czyli sporo.

- Glockner Trail – 50 km +/- 200m, bieg ze startem w Kals am Grossglockner i metą w Kaprun. Trasa pokrywała się z trasą biegu głównego. Limit czasu 11 godzin, liczba punktów ITRA 3. Trasa oraz wyniki na tym dystansie pomiędzy latami 2015 i 2016 nie są porównywalne. Organizatorzy wprowadzili istotną zmianę trasy – końcówka została poprowadzona zupełnie inną przełęczą niż w poprzednim roku. Łatwiejszą technicznie, bardziej bezpieczną, niższą i ładniejszą widokowo. Zmiana była już po wyjściu z punktu odżywczego w schronisku Rudolfshutte. Ponadto ostatnie 25km przed metą, po przejściu przez przełęcz były praktycznie w 100% do biegania.


- Gletcherwelt Trail – nowy bieg, 30 km +/- 1000m. Start z tamy niedaleko schroniska Rudolfshutte na wysokości 2315 m npm. Przebieg trasy identyczny jak dla dwóch poprzednich biegów. Limit czasu 6 godzin, liczba punktów ITRA 2.

- sztafeta 2 osobowa na trasie Grossglockner Ultra Trail 110 km, ze zmianą w Kals. Nowość. Oznacza to, że pierwszy zawodnik w sztafecie ma do wykonania znacznie trudniejsze zadanie, ponieważ odcinek z Kaprun do Kals to 60 km ale aż +/- 4500 m przewyższenia, bieg w nocy oraz trudniejsze technicznie odcinki. Drugi zawodnik biegnie praktycznie Glockner Trail czyli ma do pokonania 50 km oraz +/- 2000 m przewyższenia. Ciekawy pomysł. W ubiegłym roku praktycznie z Krzyśkiem zrobiliśmy taką sztafetę, ponieważ ja przebiegłam 50 km z Kals, a Krzysiek został w Kals w momencie przerwania przez organizatorów biegu głównego ze względu na niebezpieczeństwo wynikające z burzy jaka rozpętała się w górach. Mnie się udało uciec burzy jako jednej z ostatnich, ale o tym w dalszej części relacji. 

NASZ START

W Grossglockner Ulta Trail braliśmy udział już 2 razy – w 2015 roku w inauguracyjnej imprezie oraz w tym roku ze względu na dobre wrażenie jakie zostało w pamięci po poprzednim roku. Pomysł, żeby wziąć udział w tej imprezie pojawił się w styczniu 2015, gdy okazało się, że ani ja ani Krzysiek nie mieliśmy szczęścia w losowaniu do udziału w biegach w Chamonix czyli na UTMB. Pierwsza edycja biegu górskiego Grossglockner Ultra Trail idealnie zapełniła tę lukę – potrzebę przeżycia górskiej przygody biegowej. Jesteśmy ultrasami, którzy wyrośli z pasji do gór. Najpierw były góry i bieganie osobno jako trening. A później pojawiło się bieganie w górach. Więc bieganie w Alpach Austriackich to dla nas gratka. Poza tym dosyć świeżo w pamięci mieliśmy fantastyczne wejście na szczyt Grossglocknera w piękny lipcowy dzień, niesamowite widoki i satysfakcja ze zdobycia tego trudnego technicznie szczytu. Skoro na niego weszliśmy, to dlaczego by go nie obiec.

Archiwum prywatne - ja na szczycie GG.

Ja ambitnie zapisałam się na 110 km – teraz śmieję się z tego i pukam w czoło – wariatka 110 km i to na takiej trasie. Na szczęście po stracie w Biegu Rzeźnika 2015 szybko zeszłam na ziemię i dzięki uprzejmości organizatorów bez problemu przepisałam się na krótszy dystans. Zwrócili mi nawet nadwyżkę wpisowego, sami bez pytania. J Fajnie!

W tym roku już nie było takich wątpliwości na jakim dystansie startuję. A właściwie to tego biegu w ogóle w planach nie mieliśmy, ale wrażenie z ubiegłego roku tak mocno wryło się w głowę i w serducho, że na 2 miesiące przed startem zapisałam nas znowu na GGUT. Krzychu jakoś nie protestował, tym razem też miał biec krótszy dystans 50 km, w ramach przygotowań do UTMB 2016, które jest 5 tygodni później. Miał sprawdzić formę, złapać trochę wysokości i przewietrzyć mięśnie szybszym bieganiem – bo w końcu 50km to sprint dla niektórych. ;)

DOJAZD I NOCLEG

W ubiegłym roku start wpletliśmy w tygodniowy urlop. Nie polecam tak robić. Przyjechaliśmy samochodem w niedzielę w poprzedzający weekend. Zamieszkaliśmy w Kaprun czyli w miejscowości, gdzie był start 110 km oraz meta obu dystansów. W tym roku wyglądało to inaczej – zrobiliśmy 3 dniowy wypad tylko na sam start. A zrobiliśmy tak z kilku powodów – finansowych – krócej = taniej, organizacyjnych – nie mieliśmy z kim zostawić córki na dłużej, taktycznych – będąc kilka dni przed startem w górach trudno oprzeć się i nie pójść na jakąś „wyrypę” albo co gorsza pobiegać w górach, a przed startem nie jest to dobrym pomysłem. Tak zrobiliśmy w 2015 roku – w ramach sprawdzania trasy przebiegliśmy sobie ostatni baaaardzo długi zbieg z przełęczy 2.715 m npm Schmiedinger Scharte. Było to w poniedziałek, start był w piątek i sobotę, a do tego czasu czuliśmy w czwórkach ten zbieg. 1900 m w dół w pionie na dystansie ok 10 km – takiego długiego zbiegu w życiu nie robiłam.

Rezerwacje robiliśmy przez booking.com w 2015 i 2016. Do najtańszych ta okolica nie należy, więc lepiej zrobić rezerwację z dużym wyprzedzeniem, wielomiesięcznym, można zaoszczędzić nawet 30%. Albo przyjąć opcję low-cost – w sąsiedniej pięknej miejscowości (6km od Kaprun) Zell am See są co najmniej 2 fajnie wyglądające kampingi. Jeden nad samym jeziorem, bardzo przyzwoity. Jest tam też bardzo smaczna i dobra restauracja – polecam bardzo. Jedliśmy tam w poprzednim roku i też w tym. Bardzo dobre jedzenie i piękny widok na jezioro.

Co nas mocno zdziwiło po przyjeździe, to bardzo duża liczba Muzułman. Jak się później okazało, byli to turyście z Iranu, Arabii Saudyjskiej, Turcji, Niemiec. Naprawdę dużo ich tam. Co więcej są tam restauracje, sklepy, hostele dla turystów arabskiego pochodzenia. Podpytałam w tym roku koleżankę z Austrii, dlaczego tak jest, czy to jest jakieś wyjątkowe dla Muzułman miejsce. Dowiedziałam się, że po pierwsze przyciąga ich lodowiec, którego nie mają u siebie. Po drugie właśnie to, że są dedykowane dla Muzułman miejsca, infrastruktura powoduje, że tam przyjeżdżają. No cóż, spodziewałam się oglądać raczej Tyrolczyków w Lederhosen albo Helgi w tradycyjnych tyrolskich spódnicach, a nie panie w burkach. Więc się nie zdziwcie jak tam pojedziecie. Krzysiek czekając w ubiegłym roku na mnie na mecie w Kaprun nawet odbył ciekawą rozmowę z chłopakiem z Arabii Saudyjskiej. Chłopak dopytywał o co chodzi z tymi biegnącymi ludźmi, po co to robią, jaki w tym sens. Nie był wstanie zrozumieć po co ludzie się tak męczą. W tym roku miałam taką refleksję a propos tamtej rozmowy, że wcale się nie dziwię, że nie był wstanie tego zrozumieć, ponieważ ja sama czasami nie rozumiem dlaczego to robię. I myślę, że niektórzy znajomi z Polski też tego nie pojmują, więc co się dziwić człowiekowi z innego kulturowo kraju.

W tym roku mieliśmy na szybko zarezerwowane dwa noclegi z piątku na sobotę oraz z soboty na niedzielę, ale przyjechaliśmy trochę wcześniej już z czwartku na piątek o pierwszej w nocy. Postanowiliśmy przespać się w samochodzie na dużym parking przy wjeździe do Kaprun. Mamy passata kombi więc dla naszej dwójki było całkiem komfortowo. Zaoszczędziliśmy w ten sposób trochę kasy. J

Na drugi dzień rano wyspani pojechaliśmy coś zjeść do Zell am See do naszej ulubione restauracji nad jeziorem przy kempingu, a potem pojechaliśmy odebrać pakiety startowe.

PRZED STARTEM

W regulaminie jest wypisana lista sprzętu obowiązkowego dla każdego z biegów. Przed odbiorem pakietów osoby z obsługi skrupulatnie sprawdzają kompletność sprzętu. W ubiegłym roku polegliśmy na apteczce – nie mieliśmy i trzeba było szybko coś kombinować z apteczki samochodowej. W tym roku już byliśmy przygotowani. No i oczywiście sprawdzana była apteczka. Także uczulam – apteczka jest konikiem orgów. Ja miałam kilka plastrów, bandaż elastyczny, gaziki, środki przeciwbólowe i to wystarczyło.

Dla biegu na 50 km warto wykupić sobie dojazd autobusem z Kaprun do Kals. Kosztuje to 20 EUR, ale jest naprawdę wygodnym rozwiązaniem. Dojazd trwa ok 1,5 h, trzeba przejechać przez chyba płatną przełęcz, no i można się jeszcze wyspać w autobusie. W tym roku wyjazd był o 4 rano z Kaprun (z tego parkingu na którym spaliśmy w samochodzie ;)). Start z Kals był o 7:00, a dojazd trwał prawie 2 godziny. Można się było trochę wyspać.

Zmianą w stosunku do roku 2015 były godziny startów. Jeśli chodzi o nasz bieg to został przyspieszony o 1h z 8:00 na 7:00. A start biegu głównego został z kolei opóźniony – z 18:00 na 24:00. Moim zdaniem dobre posunięcie, bo dzięki temu nie było tłoku w punkcie w Kals gdzie w poprzednim roku tłoczyli się zawodnicy oczekujący na start 50 km i byli już zawodnicy z biegu na 110 km, którzy dobiegli do Kals. Po drugie, zawodnicy biegu głównego dzięki temu biegli krócej w nocy, co biorąc pod uwagę trudność, a wręcz niebezpieczeństwo niektórych fragmentów, jest dobrym rozwiązaniem.

Dużą niewiadomą oraz potencjalnym problemem zarówno dla zawodników jak i organizatorów była pogoda. Do końca nie było wiadomo jaka będzie w dzień startu. W poprzednim roku pogoda nieźle namieszała, praktycznie niektórym osobom zepsuła kompletnie start. W 2015 było pochmurno, deszczowo, a przede wszystkim były burze. Burza w Alpach wiadomo co oznacza – jest po prostu niebezpiecznie i żadne doświadczenie, sprzęt obowiązkowy nie pomogą. Po prostu trzeba się z pokorą wycofać. W związku z burzą właśnie w 2015 roku bieg został przerwany przez organizatorów. Krzychu, który biegł 110 km był jednym z tych, którzy musieli zakończyć bieg w połowie dystansu w Kals. Bieg ostatecznie ukończyło tylko 64 panów i 3 panie. Część zawodników miała pretensje do organizatorów o taką decyzję, ale wynikała ona ze względów bezpieczeństwa. Krzysiek był wściekły, ale jakoś się z tym pogodził. Grzecznie dał się wsadzić do autobusu z Kals do Kaprun i czekał na mnie na mecie. Ja byłam jedną z ostatnich osób, która uciekła przed burzą. Gdybym pobiegła trochę wolniej została bym zatrzymana przez tamtejszych „Goprowców”, którzy czuwali nad bezpieczeństwem zawodników na trasie. W sumie trochę się dziwiłam, gdy na każdym punkcie gdzie stali ratownicy górscy pytali mnie ile jeszcze dziewczyn za mną biegnie, nie wiedziałam o co im chodzi. A później okazało się, że po prostu liczyli ile jest osób na trasie, a ile zwiezionych z trasy.

TRASA – MOJE WRAŻENIA - MOŻNA POMINĄĆ MOŻNA PRZECZYTAĆ

Ze względów oczywistych lepiej znam trasę od Kals do Kaprun – biegłam nią 2 razy. J Odcinek z Kaprun do Kals, ten trudniejszy, znam z relacji Krzycha. I wiadomo tyle – jest to odcinek bardzo trudny nie tylko ze względu na duże przewyższenie – na 60 km trzeba zrobić +/- 4500m. Trudności wynikają także z trudnego technicznie terenu – granie, śnieg, ścianka z liną, strome podejścia i zbiegi, skały, mgła, spadek temperatury, biegania w nocy oraz z biegania na dużej wysokości.

Start z Kals był o 7:00 punktualnie. Przyjechaliśmy tam autobusem organizatorów z Kaprun więc mieliśmy sporo czasu do startu żeby jeszcze coś zjeść, napić się, skorzystać z toalety. Wystartowaliśmy punktualnie o 7:00. Pogoda był dobra – niebo bezchmurne, świeciło słońce, zapowiadał się dobry bieg. W ubiegłym roku padał regularny deszcz, start był w strugach mocnego deszczu i było pochmurno. Samopoczucie było bardzo dobre, tyle, że żołądek coś szwankował. Nie chciał zaskoczyć, śniadanie nie weszło jak należy, a brzuch był trochę wzdęty i bolał. Nie wróżyło to nic dobrego. Ale poza tym czułam się świetnie, byłam dobrze przygotowana fizycznie, świeciło słońce, a w tłumie dojrzałam Sabrinę, którą poznałam w ubiegłym roku i z którą biegłyśmy razem sporą część trasy. Na początku biegliśmy drogą asfaltową przez miejscowość, żeby wbiec na teren parku, a tam dalej leśną drogą przez łąki, las i później szutrem wzdłuż rzeki. Biegło się bardzo przyjemnie, na początku było trochę ciasno, ponieważ ścieżka był momentami dosyć wąska i robił się korekt. Później trochę się rozluźniało. Biegłam kawałek z Sabriną, trochę rozmawiałyśmy. Sabrina była po kontuzji, więc nie szalała na trasie. Ja czułam się mocna. Ustaliłyśmy, że każda biegnie swoje i do zobaczenia gdzieś na trasie. 

© www.wusaonthemountain.at

Pierwszy odcinek jakieś 11-12 km to praktycznie wszystko do biegania. Po kilku kilometrach od startu zorientowałam się, że nie mam zegarka. Jestem z tych biegaczy co im zegarek w bieganiu nie przeszkadza. A tak na serio to się trochę zmartwiłam, bo skąd będę wiedziała kiedy mam jeść. Zazwyczaj jem mały żel co pół godziny, pilnuję tego, bo bez paliwa nie da rady przebyć 9-10 godzin w górach. Musiałam zdać się na wyczucie. Trasa jest piękna, widać jak powoli wbiega się w piękną dolinę, wzdłuż szumiącej rzeki. Przed oczami widać rysujące się skalane ściany Alp. Fragment drogi prowadzi nawet skalną ścieżką wyrytą w skale w pięknym wąwozie. Droga jest cały czas lekko pod górkę, ale z tych pod górkę, co szkoda iść. Czuć zmęczenie w nogach, bo jak się biegnie 12 km cały czas pod lekką górkę, to jednak można się trochę zmęczyć. Ale moim zdaniem, ten odcinek trzeba biec, nawet jeśli nie biegniesz dla wyniku. Po prostu możesz nie zmieścić się w limicie, który jest ustawiony w schronisku na 2.315 m npm na 12:30 czyli 6:30 godziny. Ja biegłam prawie całość 12 km i byłam w schronisku ok 10. Na 11km w punkcie Kalser Tauernhause przy małym schronisku jest punkt z wodą. Ja nie korzystałam z niego ani w ubiegłym ani w tym roku, ale nie wiem czy to nie błąd, bo po co targać ze sobą całą wodą tyle kilometrów. Od tego momentu zaczyna się mocniej pod górkę. Wbiega się do lasu, a potem zaczynają się góry – ścieżka robi się skalista i bardziej stroma. Praktycznie tutaj nie można biec, przynajmniej nie na moim poziomie zaawansowania. Ścieżka to ogromne skalne kamienie, trzeba dobrze patrzeć pod nogi, żeby się nie przewrócić albo nie spaść ze ścieżki. Momentami jest to trudne, bo widoki są naprawdę piękne. Po lewej stronie jest przepiękne alpejskie jezioro z kryształową wodą. Dla mnie punkt w którym trzeba się zatrzymać. Dalej jest już trudno – zmęczenie po przebiegniętych kilkunastu kilometrach daje znać, nabieramy wysokości – zmierzamy na przełęcz Kalser Tauern na wysokości ok 2.500 m npm. Na przełęcz wdrapujemy się stromym trawersem, zakończonym fragmentem ubezpieczonym stalową liną. W tym roku było tam dużo śniegu i trochę lodu i skorzystałam z tej liny w celu asekuracji. W tym roku podeszłam na przełęcz bez zatrzymywania się, w ubiegłym prawie tam ducha wyzionęłam. Byłam zadowolona, mimo, że żołądek trochę bolał. 

Po wejściu na przełęcz widać dwóch ratowników górskich i ogromne pole śnieżne. Biegnę przez śnieg po czym docieram do skalnej ścieżki prowadzącej w dół. Można biec, ale stylem na kozicę – trzeba bardzo patrzeć pod nogi. W tym roku z racji większej ilości śniegu małym utrudnieniem był wąski śnieżny trawers, bardzo śliski. Biegłam w Salomonach sens mantra, które nie mają zbyt agresywnego bieżnika, ale ostatnio je lubię, bo dobrze trzymają stopę i mają twardy czubek, dzięki czemu w tym roku nie mam żadnego czarnego paznokcia. Yuuupi! No, ale na twardym zlodowaciałym śniegu nie trzymały za dobrze. Jakiś chłopak za mną podał mi swój kijek – ja biegłam bez kijów. Skorzystałam z kija i jakoś udało mi się dostać na drugą stronę. Niestety jeden z uczestników poślizgnął się i zjechał w dół jakieś 20-30 metrów. Na szczęście nic mu się nie stało. Z uśmiechem powiedział tylko, że ma nadzieję, że go nie zdyskwalifikują za skracanie trasy. Ale dla osób nieobytych z takimi warunkami ten odcinek mógł stanowić pewną trudność. Ja po traktowałam to jako element przygody. Na uwagę zasługuje fakt, że byliśmy na wysokości jakieś 2400 m npm. Od 15 km do 35 km czyli 20 km trasy biegnie się na wysokości ponad 2.000 m npm. Jest to swego rodzaju trudność dla osób nie przyzwyczajonych do wysokości. Wydawać by się mogło, że 2000 m npm nie jest to wysokość, od której może coś się dziać z organizmem. Błąd – nie dzieje się nic jeśli jest się na trekkingu. W momencie wchodzenia na taką wysokość na dużym zmęczeniu można czuć pewien dyskomfort, lekkie zawroty głowy, mdłości. Oczywiście nic poważnego, ale może to wpłynąć na tempo i komfort pokonywania trasy.

Biegnę uśmiechnięta w dół skalistą ścieżką. Z daleka widać już schronisko Rudolfshutte, gdzie jest pierwszy punkt żywieniowy i kontrolny. Widoki są przecudne, zapierające dech w piersi. Nie da się nie zatrzymać żeby popatrzeć – ja wolę się zatrzymać, żeby z tej euforii nie połamać nóg albo nie skręcić karku. 

Dobiegam do schroniska. Tutaj krótki postój, małe szamanko, uzupełnienie płynów, bułka z pomidorem w garść i w drogę. Nie jestem zwolennikiem biesiadowania na punktach, bo tracę tempo. Wolę nabrać jedzenia ze sobą i spokojnie sobie iść i jeść na trasie. Tak też zrobiłam. Za schroniskiem trasa prowadzi od razu pod górkę. Sprawdziłam na telefonie czas – po 10, jest dobrze. Jest lepiej niż ubiegłym roku, mimo, że jedzenie nie wchodzi tak jak powinno, a brzuch przypomina bolący balon. Wmuszam w siebie bułę, banana, batonik. Popijam i w drogę. Trafiam na mały korek przy konkretnych blokach skalnych, które jak widzę dla niektórych stanowią nie lada wyzwanie. Zrobił się korek. Patrzę na parę chłopak i dziewczyna jak śmigają niczym kozice po tych skałach. Gdzie mi do nich. Nieco nieporadnie, ale z godnością daję radę. Są o dziwo dużo gorsi ode mnie. Dawno nie byłam w Aplach i niestety straciłam czucie skały, a w takim biegu jest to ważny element. 

© www.wusaonthemountain.at

Przeszłam przez te skały i myślę, że jakoś nie przypominam sobie tego fragmentu z ubiegłego roku. Za to też nie widzę fragmentów skalnych gdzie trzeba było wykazać się umiejętnościami wspinaczkowymi. No tak, trasa zmieniona. W ubiegłym roku ostatnia przełęcz była to złowroga, ziejąca czarnymi mokrymi skałami i lodowatymi przepaściami stroma przełęcz Schmiedinger Scharte na wysokości 2.715 m npm. Do dzisiaj czuję gęsia skórkę na ciele jak przypomnę sobie ten odcinek z poprzedniego roku. Była już burza, padał deszcz, było zimno, była mgła, byłam bardzo zmęczona, a ta strona i śliska przełęcz wydawała się nie mieć końca. Było naprawdę niefajnie. I jedynie co mnie pocieszało, to fakt,że idziemy w górę, a nie w dół, bo chyba bym umarła ze strachu. W tym roku trasa wiodła przełęczą przez Kaproner Torl. Dobra decyzja organizatorów. Przełęcz o jakieś 100 m niższa, ale też nie tak wymagająca, podejście bardziej trawersujące niż pionowe. I jaka radość, gdy po wejściu na przełęcz widzisz śnieżne pola i śmigających po nich biegaczy. To był bardzo przyjemny fragment, ale też wymagający jednocześnie. Od tego momentu, a jest to jakiś 25 km do końca można już biec. Strome zejście po śniegu, a potem bieg na początku skalistymi ścieżkami, z przerwami na przejście przez rwące strumyki – przez mostki lub też bez mostków. Buty kilkukrotnie były całkowicie zanurzone w wodzie, ale kogo to obchodzi. To też element przygody. Na tym odcinku czułam się już zmęczona, w twarz paliło mnie słońce, kończyła mi się woda i bolał mnie brzuch. Tempo i motywacja spadły. Do momentu gdy usłyszałam, że chyba ktoś mnie woła. To była Sabrina. Mimo kontuzji świetnie sobie radziła – nic dziwnego, ona w tych górach mieszka na co dzień. J Szczęściara. Ucieszyłam się, zaczekałam na Sabrinę i od tego momentu biegłyśmy razem. Siły wróciły i motywacja też. Buło dużo biegania, wąską ścieżką wzdłuż jeziora, przez tamę aż do ostatniego punktu żywieniowego. 

© www.wusaonthemountain.at

Uzupełniłyśmy zapas wody (ja oczywiście za mało), podjadłyśmy i w drogę. Stąd już tylko 16 km i 1200 m w pionie zbiegu. Przypomniał mi się zbieg z ubiegłego roku – to było coś, czego nie doświadczy się w polskich górach – 1900m w pionie zbiegu na jakiś 10 km. Ale wtedy biegłyśmy – w deszczu, błocie, zmieniając się co chwila na prowadzeniu, mijałyśmy zdziwionych chłopaków. Zbieg był długi i trochę monotonny. W tym roku organizatorzy zapewnili nieco atrakcji – zbieg był bardziej urozmaicony, było naprawdę fajnie. Nawet fragment przez skalną sztolnię, fragment ze stalowymi drabinkami i linami, wzdłuż jeziora. Najgorsze były fragmenty po asfalcie, aż mózg bolał od biegania, ale na szczęście nie było tego dużo. Na tym odcinku niestety wyszedł brak długich wybiegań – czułam się już mocno zdeptana. Motywując się nawzajem i odciągając myśli od zmęczenia przez rozmowę na różne tematy, jakoś dotarłyśmy do Kaprun. 

©TrailrunningSzene

Ustaliłyśmy, że na metę wbiegamy razem, a ostatnie 500 m będziemy biegły, żeby zakończyć bieg z godnością. Na szczęście jak widać już metę to nogi same niosą i nie wiadomo skąd się biorą siły. Dobiegłyśmy! Po raz drugi razem. Czułam się szczęśliwa. Uwielbiam ten stan, jest to uczucie, które uzależnia. Jak się to raz poczuje to chce się więcej i znowu. Ja chcę znowu! Poprawiłyśmy czas o jakieś półtorej godziny, ale nie wiem jak to interpretować, bo trasa była zupełnie inna. Nieważne i tak nie miałam zegarka. ;) Krzysiek pobiegł bardzo dobrze. Był w 15% chłopaków open, dobry prognostyk przed UTMB.

© www.wusaonthemountain.at

PODSUMOWANIE

Bardzo polecam tę przygodę górsko-biegową jaką jest Grossglockner Ultratrail.

Kluczowe kwestie wg mnie:

- trasa jest bardzo ciekawa, jest tam prawie wszystko – sporo biegania, długie zbiegi, ostre podejścia, śnieżne pola, oblodzone skały, bloki skalne, wąskie ścieżki, przejścia przez rwące rzeczki, skaliste trawersy, leśnie ścieżki, asfalt, szuter, trawiaste ścieżki. Generalnie trasa 50 km w wydaniu z roku 2016 jest bardzo biegowa, z kilkoma technicznymi fragmentami.

- trasa jest trudna, zarówno 50 km, a bieg główny 110 km jest bardzo trudny;

- impreza jest póki co kameralna, co jest fajne (W 2015 roku 110 km ukończyło tylko 64 panów i 3 panie. 50 km ukończyło 129 panów i 21 pań – częściowo przez przerwanie biegu. W 2016 roku odpowiednio 124 i 11 oraz 211 i 59)

- nie ma losowania;

- daje 3 lub 5 punktów ITRA/UTMB (nowych);

- trasa jest piękna i na pewno jest jedną z tych, którą pamięta się na dłużej.

- utrudnieniem albo może specyfiką jest to, że prowadzący mówi prawie wyłącznie po niemiecku z silnym austriackim akcentem. Ja znam niemiecki dosyć dobrze, ale nie rozumiałam nic z tego co mówił ten pan. J

Kasia

Dołącz do naszego newsletter!

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów